Wielka sprawa

Wielka sprawa

Oboje siedzieli w miejskim parku. Był on jednym z nielicznych miejsc w mieście, gdzie można było spokojnie posłuchać śpiewu ptaków. Nie był dość często uczęszczany przez mieszkańców miasteczka z powodu więzienia, które znajdywało się niedaleko. Nie raz zdarzało się, że z oddali dochodziły do spacerujących młodych par wulgarne okrzyki zza więziennych krat. Chłopaki w więzieniu mieli radość, gdy ktoś stojący w oknie krzyczał w stronę parku.

Z biegiem czasu jednak Wojtek i Kasia musieli się z tym pogodzić. Musieli, bo miasteczko chociaż nieduże to dziwnym biegiem zdarzeń, pozbawione zostało miejsc na których “można było pisać, że kocha się Asię lub, że Stasio jest głupi”. Z resztą miasteczko leżało na Śląsku, a tam gdy ma się do wyboru patrzenie na wznoszące się wieże kilku kopalni albo pójście do miejsca, gdzie jest trochę zieleni z ryzykiem usłyszenia dowcipnych więźniów, wybiera się raczej to drugie.

Było późno po południu, majowy, ciepły wieczór. Jeden z tych wieczorów, w których, gdy ktoś mówi, drugiej osobie że ją kocha, to ma się złudzenie jakby cała przyroda oddychała ich miłością.

Miłość ich bowiem była wielka, cieszyli się razem, śmiali się do każdego dziecka, razem też czytali wiersze i wąchali kwiaty.

Gdyby im wtedy ktoś powiedział, że w tym mikroświatku jest oprócz miłości egoizm, oburzyliby się. Egoizm? Gdzie w tym wszystkim było miejsce na egoizm?

Kiedy Wojtek jednak zrozumiał to – nagle wieczory poszarzały, wszystko zostało rozdarte.

Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Niewątpliwie bowiem uczucie ich było silne i wolne od wyrachowania.

To, co było im zawsze wspólne i o czym lubili dużo rozmawiać, to były ich marzenia. Kasia, zawsze gdy o nich mówiła robiła to z wielkim namaszczeniem, z jakąś świętością podobną kapłanowi podnoszącemu sakralny kielich. Każde jej marzenie, było przesiąknięte nią samą, nie umiała żyć marzeniami innych, ale gdy w swoim marzeniu umieszczała kogoś, owo namaszczenie spływało i na tą osobę.

Wojtek był typem domownika. Nie miał żadnych szalonych marzeń, nie w głowie były mu wyprawy, sława czy zaszczyty. Mały domek z ogródkiem, dwójka dzieci, kot, pies i papuga tak silnie żyły w jego głowie, że Kasia nie mogła oprzeć się urokowi prostoty jego marzeń. Lubiła słuchać jak opowiadał o drzewach w ich ogrodzie, o zabawach z dziećmi czy długich spacerach z psem.

Słowem, byli parą która była sobie przeznaczona, chociaż znali się dopiero kilka miesięcy.

Tego wieczoru, siedząc w parku Wojtek intensywnie myślał, głowa Kasi spoczywał na jego ramieniu, on delikatnie głaskał jej włosy. W głowie jego przewijały się obrazy wszystkich tych chwil które spędził z nią. Wspominał ich pierwsze spotkanie, pierwszy uśmiech, dotyk, objęcie, marzenie. Przed oczyma stanęły mu sceny z pierwszej wizyty w jej domu, przez moment poczuł nawet ponownie ten dreszczyk, wszystko to dawało mu jednak dużo szczęścia. To co naprawdę niepokoiło go i potrafiło zakłócić całą miłość, zachwiać ich wspólną radość, z pozoru wydawało się niewinne. Wojtek nie traktował tego z początku poważnie, do czasu kiedy do jego kościoła nie przyjechał nowy pastor.

Wojtek bowiem nie był katolikiem. Zaraz po śmierci rodziców zapoznał się z pastorem Adwentystów. Szok utratą rodziców przeżył dzięki temu człowiekowi. Pustka, którą wydawało się, że nic nie zastąpi, on wypełnił Biblią. Wtedy to, badając Biblię znalazł ten dziwny spokój, spokój który uratował mu życie.

Wojtek traktował więc swoją religię bardzo poważnie. Nie było to fanatyczne podejście. Wiedział że, to właśnie religia uratowała mu życie, stąd szacunek do niej.

Piotrek, tak bowiem nazywał się nowy pastor, przeprowadził się jakieś dwa miesiące temu w miejsce poprzedniego pastora, który wyjechał do Stanów. Był średniego wzrostu mężczyzną, z cholerycznym temperamentem i prowincjonalnym wyglądem twarzy. Niespełna rok po ukończeniu seminarium otrzymał zbór do samodzielnej pracy, wcześniej pracował jako pomocnik pastora w innym zborze.

Młody, więc i niedoświadczony, przez tyle lat uczony o ważności prawa i standardach moralnych, zaczął swoją pracę od wyszukiwania osób “o obniżonych standardach moralnych”. W tym krótkim okresie zdążył już posłać poselstwo do siostry, która się malowała i do kilku młodych ludzi, którzy słuchali nieodpowiedniej muzyki. Z Wojtkiem rozmawiał dwa dni temu.

Teraz Wojtek próbował odtworzyć przebieg spotkania, wszystko jednak wirowało mu przed oczyma. Spocona i nerwowa twarz pastora, otwarta Biblia i on, siedzący spokojnie słuchając słów, których do końca nie rozumiał.

Zaczęło się wszystko trzy dni temu, kiedy idąc z Kasią ulicą spotkali Piotrka. Wojtek przedstawił Kasię Piotrkowi, mówiąc jej, że to jest jego nowy pastor. Dla niej nie był to już żadny szok, wiedziała o tym, że Wojtek jest Adwentystą. Słyszała o tym kiedy Wojtek opowiadał jej o śmierci rodziców i jak Bóg pomógł mu uniknąć załamania psychicznego. Wszystko to wywarło na niej duże wrażenie. Pochodziła z rodziny, która już od wielu pokoleń była mocno związana z kościołem katolickim. Bardzo często w ich domu gościł ksiądz, oni też nierzadko byli zapraszani na różne kościelne spotkania. Bóg nie był więc dla Kasi kimś obojętnym. Chociaż z drugiej strony słowa mówiące o tym, że Bóg pragnie codziennie działać w naszym życiu ciągle jeszcze pozostawały dla niej niepojęte. Wojtek spotykając się z Kasią cicho wierzył, że może kiedyś i ona zostanie Adwentystką, ale nigdy nie pozwolił żeby odczuła, że jego miłość do niej będzie uwarunkowana tym, czy ona nią będzie czy nie! Żył więc z nią szczęśliwie, widząc w niej subtelność i delikatność prawdziwej kobiety.

Następnego dnia przyszedł do Wojtka Piotrek, z wizytą duszpasterską. Rozpoczął opowiadać trochę o kościele, o planach ewangelizacyjnych, pytał Wojtka o pracę, zdrowie i jeszcze kilka szczegółów, stopniowo zdążał jednak do jednego.

– Wojtku, powiedz mi jak długo znacie się z Kasią? – zapytał Piotrek

– Kilka miesięcy.

– Czy myślicie o tym by wspólnie ze sobą być?

– Tak, Kasia wydaje mi się dobrym materiałem na żonę. – odpowiedział trochę speszony Wojtek

– Wojtku, jest jedna rzecz o której musisz wiedzieć.

Na twarzy Piotrka pojawiło się kilka kropel potu. Zapanowała przez moment cisza, twarz Piotrka zrobiła się jeszcze bardziej poważna, w końcu jednak powiedział:

– Wiesz o tym, że ona nie jest Adwentystką, a ty jesteś rozsądnym człowiekiem i wiem, że chcesz być szczęśliwy, ale z takich “mieszanych związków” nic nie wychodzi. Nie łudź się, Wojtek.

Może na razie jesteście szczęśliwi, ale jak będzie wyglądała wasza przyszłość, czy dasz mi gwarancję, że ona nie odciągnie ciebie od wiary? Myślisz, że warto ryzykować zbawienie dla niej?

Dalsza rozmowa to dalsze pytania i przykłady, które zmierzały do tego, by Wojtek podjął męską decyzję.

Na zakończenie pastor dodał “Nie martw się Wojtek, niedługo Camp, na pewno sobie coś znajdziesz”.

*   *   *

Markowska powiedziała do Łukaszewskiej:

– Co się dzieje z Wojtkiem, ostatnio coś niewyraźnie wygląda. Już od kilku tygodni nie zostaje po nabożeństwie na obiedzie, nie chodzi też na spotkania modlitewne, jakoś dziwnie unika ludzi.

– Może ma jakieś problemy z tą swoją dziewczyną. Ona niby jest ładna, ale wiesz nie Adwentystka, szkoda marnować sobie życia, chłopak młody, przystojny, no i niegłupi, może teraz przechodzą jakiś kryzys czy co ? – szczerze odparła Łukaszewska

Właśnie skończyło się nabożeństwo. Po osobistej modlitwie w rogu kaplicy zaczęli zbierać się skarbnicy, by odliczać zebrane dary, część ludzi rozpoczęła przygotowanie obiadu, część powoli opuszczała kościół. Wojtek kiedyś lubił ten czas, gdy po nabożeństwie wytwarzała się taka swojska atmosfera, obecnie jednak postanowił szybko pójść do domu. Myślał, że i tym razem nikt go nie zauważy, ale Michał zawołał:

– Wojtek! Nie zostaniesz na obiedzie?

Przez moment zawahał się, jakby nie mógł znaleźć odpowiedzi.

– Idę do domu, trochę źle się czuję – odpowiedział.

– Wiesz co, poczekaj pójdę z tobą – powiedział Michał.

Szli obok siebie w milczeniu. W piękne słoneczne sobotnie popołudnie, przechodzili przez centrum miasta, mijając matki z dziećmi, starszych ludzi, psy.

Michał jednak nie wytrzymał i zapytał:

– Wojtek powiedz mi co się dzieje? Nie jestem na tyle ciekawy by się o wszystko wypytywać, bo każdy ma prawo do prywatności, ale coś mi tu nie gra. Wojtek, tak bardzo zmieniłeś się wszyscy o tym mówią, powiedz chociaż czy to przejściowe czy naprawdę coś cię gnębi?

Michał był dobrym kumplem Wojtka. Początkowo myślał, że ten kryzys związany jest z rocznicą śmierci rodziców i w pełni zrozumiawszy ten stan, bał się zapytać Wojtka czy w tym leży problem, teraz czekał więc niecierpliwie na odpowiedź Wojtka.

Wojtek spojrzał na ziemię i niepewnie powiedział:

– Nie wiem Michał. Nie wiem co jest grane, wszystko to jest takie dziwne. Powoli zaczynam się w tym wszystkim gubić. Czasami myślę, że to niesprawiedliwe. Wielu ludzi nie ma takich problemów, jakoś im się tak prościej żyje. Ja już jestem takim niedorajdą życiowym. Najpierw wypadek rodziców, teraz te problemy z Kasią, ach szkoda słów.

– Wojtek chodź usiądziemy tutaj – powiedział Michał – błagam powiedz mi, nie kocha cię, nie umiecie się dogadać, w czym rzecz?

– Ja ją kocham i ona mnie kocha na swój sposób. Niby wszystko jest tak, jak powinno być i nic z tego nie wychodzi. I nie wyjdzie. Kurcze, boję się że nie wyjdzie.

Kasia to dziewczyna, która pochodzi z tak zwanego dobrego domu, domu o bogatej tradycji. Wiesz co to znaczy mieć tradycję, nie? Mamusia, tatuś, babcia, dziadek, ileś tam wujków i ciotek wszyscy bronią tej tradycji ze zwierzęcą pasją. Co niedziela w kościele, dary na msze, katolickie czasopisma – po prostu bastion, mur nie do przebicia. Dla nich niekatolik to nie człowiek. I na dodatek Kasia jest jedynaczką, wydmuchana, wycackana, oczko w głowie i ja Adwentysta, heretyk, kociarz. Człowieku, nigdy nie zgodzą się na małżeństwo. Kasia mnie kocha, widzę to i wiem o tym, kocha mnie. Tylko co ja mam teraz robić ?

– Próbowałeś rozmawiać z Piotrkiem, mówiłeś mu o tym? – zapytał naiwnie Michał

– Michał, nie bądź śmieszny, wiesz jaki jest Piotrek. On od początku radził mi żebym zrezygnował z niej, bo ta sprawa to niewypał. Nawet rozumiem go. Też wiem co o tym mówi Biblia, tylko nieraz tak myślę, czy chrześcijaństwo jedyną swą pomoc zamyka w słowie “zrezygnuj” i to wszystko. Zrezygnuj z radości, przyjaźni, miłości, szczęścia, bo jak nie to będziesz stracony? Powiedz mi czy myślisz, że człowiek zbawiony nie ma prawa do szczęścia ?

– Wojtek, wierz mi, rozumiem cię i zgadzam się z tobą, tylko sam widzisz że to się komplikuję, żeby chociaż ona była Adwentystką, wtedy chyba wyglądało by to inaczej. Próbowałeś z nią rozmawiałeś, czy nie chciałaby pójść za tobą, zostawić rodzinę i związać się na stałe z tobą?

– Myślisz, że jej rodzina pozwoliłaby na to, postawiliby na głowie całe miasto żeby ją znaleźć. Stary, to są desperaci, wychowywali ją starannie dla jakiegoś doktora, prezesa czy kogo tam jeszcze, wiesz i teraz ze spokojem mieliby patrzeć jak odchodzi jakimś z heretykiem. A kolejny problem to sama Kasia, ona nie opuści domu, kocha też swój dom, co oczywiście jeszcze bardziej to wszystko komplikuje.

Michał cokolwiek myślisz, to wiedz, że my się naprawdę kochamy. Na samą myśl, że mógłbym jej nie widywać, dotykać, tulić czy uśmiechać się do niej, wszystko staje się takie małe, brudne, śmierdzące.

Kwiaty nie pachną, gwiazdy już nie są gwiazdami, a księżyc ma głupią mordę.

Przez moment Wojtek poczuł ulgę, patrzył na twarz Michała i na jego nic nie mówiące oblicze, w duszy pomyślał sobie: “Tak Michasiu, to już nie jest dzieciństwo, zaczynają się schody”. Wstał z ławki i lekko podnosząc rękę w górę powiedział: “Trzymaj się Michaś”.

*   *   *

Spacerowali powoli w stronę parku, mijając w niedalekiej odległości mury więzienia. Za murów dochodziły okrzyki kilkunastu więźniów grających w piłkę i odgłosy jakiejś pracy. Kilku więźniów oglądało z okien mecz.

Usiedli na tej samej ławce co zwykle, patrząc przed siebie. Wojtek odkorkował butelkę z wodą, podał ją Kasi, która przyłożyła ją do ust i powoli sączyła.

– Kasiu wiesz co ja chcę powiedzieć i wiesz jak mi ciężko znaleźć słowa. Ja już nie mogę tak dłużej, wiem, że i ciebie to męczy. Stoimy na przeciwnych brzegach , jedno z nas musi przepłynąć. Kasiu to musisz być ty. W życiu są sprawy wielkie i małe. Nasza miłość to mała sprawa, musi ustąpić wobec spraw większych. Cóż znaczą nasze marzenia, sny, uściski i pocałunki są takie same jak miliony innych, małe, ciasne i ułomne. Jest wielka sprawa, marzenie, miłość, i proszę nie zabraniaj mi żebym przestał żyć w tamtym świecie, tam jest miejsce i dla ciebie, ale musisz przepłynąć. Nie pytaj mnie jak będzie wyglądać to miasto bez naszych marzeń, nie wiem czym będę oddychać, jak gwiazdy będą świecić…Czy w ogóle będą świecić? Ale proszę nie każ mi rezygnować – nie potrafię.

Może mówię dużo niepotrzebnych słów, może jestem i śmieszny, ale Kasiu nasza sprawa jest naprawdę mała.

Kilka kropli łez pozostawiło mokre plamy na jego koszuli, odchodziła powoli. Nie patrzył na nią, zresztą nie widziałby jej przez załzawione oczy.

W meczu więźniów ktoś strzelił bramkę, wybuchły głośne okrzyki radości.

*   *   *

Michał ustawiał mikrofon, ktoś ćwiczył wybrane numery pieśni, Piotrek gorączkowo biegał po kaplicy, za chwilę będzie studium nauczycielskie. Lada moment mógł wejść nowy przewodniczący zjednoczenia, on dzisiaj będzie miał kazanie. Ludzie powoli schodzili się, krzątając się w kuchni i kaplicy. Przyszedł o 9,15 wysoki, szpakowaty o niebieskich oczach, pewnym krokiem wszedł do korytarza.

– Dzień dobry.

Dzień dobry – odpowiedziało kilka osób stojących w korytarzu.

– Pastor jest jeszcze na zebraniu nauczycielskim, ale proszę niech brat wejdzie i usiądzie tutaj – Łukaszewska wskazała przewodniczącemu na stojący fotel.

– Dziękuję – ciepło odpowiedział przewodniczący.

Studium nauczycielskie właśnie się skończyło, Piotrek więc szybko przyszedł przywitać się.

– Witamy – Piotrek podał swoją dłoń.

Te kilka minut przed nabożeństwem wykorzystano na omówienie planu i gdy już wszystko uzgodniono Piotrek poszedł do kaplicy, a nowy przewodniczący do toalety.

Kiedy opuszczał toaletę niechcący potrącił wchodzącego do kościoła Wojtka.

– Przepraszam najmocniej, nie zauważyłem brata. Proszę mi wybaczyć – pokornie przepraszał przewodniczący.

– Nic się nie stało – odburknął Wojtek.

Nabożeństwo rozpoczęło się, zabrzmiały organy, zaczęto śpiewać, później krótka modlitwa, psalm i lekcja, apel. Wszystko przebiegało swoim tokiem. Nadszedł czas na kazanie.

Do mikrofonu podszedł nowy przewodniczący. Zapanowała głucha cisza.

– Od dłuższego czasu szukam człowieka, który nie ma marzeń. Szukam kogoś, kto nigdy nie doświadczył co to znaczy mieć marzenie.

Nie bójcie się, nie znalazłem jeszcze nikogo. Każdy z nas ma marzenia, musi je mieć, bo gdy je straci to umiera. Tak drodzy, to co nadaje ludziom sens w życiu to spełnianie marzeń. Ludzie, którzy zatracają sens w życiu to ludzie, którzy ucinają swe marzenia. Ci, którzy tuż przed śmiercią wyznają, że przeżyli cudowne życie to ludzie, których marzenia zostały zrealizowane.

Kiedy otwieram ewangelię, widzę ludzi o wielkich marzeniach. Świat został zadziwiony marzeniami tych prostych ludzi. Chciał, by marzenia ich umarły, ale nie można zabić wielkich marzeń. Czasami myślę, że ci ludzie nie kierowali się zasadami zdrowego rozsądku. Zdobyć świat dla Chrystusa – powiedzieć wszystkim o wolności, przebaczeniu, nowym życiu – oto marzenie tych ludzi. Nikt dotychczas nie miał większych marzeń.

Kazanie trwał około 30 minut. Jak nigdy dotąd każdy wychodził z kościoła z wielkim spokojem, żadnych wyrzutów sumienia, żadnych stresów, wszystko wydawało się takie proste i piękne. Marzyć i żyć.

Piotrek podszedł do przewodniczącego i zaprosił go na obiad. W niewielkim pokoju ustawiono już stoły, kilka osób roznosiło talerze, podawano pierwsze potrawy. Wojtek szybko, jak zwykle, opuścił kościół, zauważony tylko w ostatniej chwili przez wychodzącego z pokoju przewodniczącego.

Na obiedzie rozmawiano dużo o misji kościoła, problemach i kilku organizacyjnych sprawach.

Było już grubo po południu gdy przewodniczący powoli dał wszystkim do zrozumienia, że na niego przyszedł czas. Wszyscy więc pomodlili się i wyszli z kościoła. Piotrek postanowił odprowadzić przewodniczącego na dworzec kolejowy.

– Kim był ten czarny chłopak siedzący w przedostatniej ławce – zapytał przewodniczący.

– Nazywa się Wojtek, ale z nim to jest taka głupia sprawa. Chłopak zakochał się nieszczęśliwie. Kiedy przyszedłem tutaj do pracy rozmawiałem z nim. Mówiłem mu, że jako Adwentysta nie powinien chodzić z katoliczką. Ostrzegałem czym to się skończy i namawiałem go żeby z niej zrezygnował. Z tego co wiem już razem nie chodzą, ale Wojtek od tego czasu zmienił się, unika ludzi, wewnętrznie się zamknął, jest nie do zdobycia. Do kościoła chodzi, ale i tak kilka osób widziało go jak się kręcił w okolicach jej domu. Szkoda chłopaka. Nie chciał być dwulicowy więc z nią zerwał, tylko nie potrafi jakoś normalnie teraz żyć.

Doszli wolnym krokiem do dworca, przewodniczący milczał kilka minut, w końcu powiedział Piotrkowi:

– Wybacz Piotrze, ale muszę ci to powiedzieć: – Wytłumacz mi jak mogłeś to zrobić, powiedzieć mu zrezygnuj! Czy ty wiesz, ile się za tym słowem kryje. Miłość jednego człowieka i miłość drugiego człowieka, przerwana hasłem “zrezygnuj”! Przecież kochali się naprawdę, nieprawdaż?

Czy będziemy szanować człowieka, chrześcijanina, adwentystę, który z rezygnował z osobistego szczęścia?

– Chyba będziemy – odpowiedział ciągle jeszcze zdezorientowany Piotrek

– Dobrze będziemy szanować, bo poświęcił się rzeczom większym, ale czy większym szacunkiem nie darzymy kogoś kto walczy i zwycięża, bo nie zrezygnował? Pamiętaj adwentysta nie powinien łatwo rezygnować z miłości. Musi silnie i gorąco kochać, musi do końca walczyć o swoje szczęście. Przecież w ten sposób walczy i o drugiego człowieka, i o jego szczęście. Piotrek, cóż warte jest życie bez miłości? Bez silnej, gorącej miłości do kobiety… Nic nie jest warte takie życie! I to nie jest życie adwentysty. Adwentyście nie wolno łatwo rezygnować. Uważam, że w ogóle nie wolno rezygnować. Można walkę wygrać, można walkę przegrać. Ale rezygnować z walki nie wolno.

Dwóch ludzi kocha się, nagle jeden rezygnuje, beznadziejne rozstanie, przyszłość bez sensu.

Rozstają się z przeświadczeniem, że rozdzieliła ich jakaś siła brutalna, nie uznająca małych spraw. A to właśnie w tych sprawach leży cały ciężar zagadnienia. Wojtek powiedział dziewczynie: są sprawy wielkie i są sprawy małe. Nasza jest mała i musi ustąpić dużym. Koniec. Rozstanie.

I źle. Wszystko od początku było źle postanowione. Wojtek widział środowisko tej dziewczyny, powinien postawić tą “małą sprawę” jako walkę o człowieka. O nowego człowieka dla Boga. A wtedy nie była by to mała sprawa. Piotrek, powiedz sam: czy może być większa sprawa niż miłość w ludzkim życiu?

Doszli do pociągu stojącego na peronie, przez megafon ogłoszono że pociąg odjeżdża, ale zostały jeszcze dwie minuty do odjazdu przewodniczący stanął na stopniu pociągu:

Jesteś jeszcze młody Piotrek, dużo musisz się nauczyć. Teraz sam widzisz, jak mało wiesz o człowieku. Już raz ktoś powiedział, że w serce trzeba patrzeć. Jesteś pastorem, pracujesz w kościele a nie rozumiesz tego co mówią serca? Nie można tak… Jeszcze jedno Piotrek, często liczymy ludzi jako członków w kościele, wyliczamy czy dają dziesięcinę, robimy sprawozdania z ilości kościołów nowo zakupionych, planujemy jakieś ewangelizacje, coraz to nowsze wykłady, a nie liczymy ile wśród tych wszystkich spraw znajduje się szczęśliwych ludzi, zakochanych par, a szkoda bo to jest adwentystyczna matematyka.

Nie zapomni o tym.

Piotrek usiadł na ławce, i długo patrząc na odjeżdżający pociąg. Gdy minęło kilka minut wyciągnął notatnik i w rubryce “odwiedziny domowe” napisał: Wojtek.

 

by Andrzej Mućka