Epic Church

Epic Church

Epic z owieczkaO 10 rano staję przed Den Theater w Chicago, w miejscu w którym KADS wynajmuje miejsce na sobotnie nabożeństwa dla Epic Church. Na zewnątrz nie ma żadnej tabliczki i właściwie tylko dzięki informacji na Facebooku wiem, że odbywają się one na 2 piętrze. Pokonuję kilkanaście schodków i wchodzę do dużego holu, w tle którego stoi obszerny, dobrze wyposażony bufet, a za nim uśmiechnięty mężczyzna. Przez chwilę stoję oszołomiony, bo wcześniej czytałem, że podczas nabożeństwa można tutaj zjeść małe, wspólne śniadanie, ale aż tak wysokiego standardu się nie spodziewałem.

Z zadumy wyrywa mnie młoda dziewczyna, która wychodzi z sali teatralnej (gdzie będzie odbywało się nabożeństwo) i z wyciągnięta ręką zmierza w moją stronę. Przedstawiamy się sobie. Pyta mnie skąd wiem o Epic Church.

Pojawia się coraz więcej osób, którym jestem przedstawiany. Panuje luźna atmosfera. Nie wyczuwa się pośpiechu, chociaż według planu nabożeństwo powinno rozpocząć się o punktualnie o 10, a jest już kilka minut po (widać, że nie przywiązują zbytniej uwagi do zasad z Willow Creek).

Zostaję poinformowany, że za chwilę odbędzie się krótkie studium Biblii, a na moje pytanie czy studiują lekcje szkoły sobotniej, dziewczyna bez żadnego skrępowania czy usprawiedliwiania się odpowiada mi, że nie. Mówią mi, że przedmiotem studium będzie wykorzystywanie współczesnych serwisów społecznościowych do celów ewangelizacyjnych. Akcje tego kościoła natychmiast idą w moich oczach w górę.

Studium trwa około 25 minut i oparte jest na rozmowie Jezusa z Samarytanką. Dwie myśli szczególnie przykuwają moją uwagę, jedna jest budująca, a druga praktyczna. Myśl budująca. Samarytanka jest zakochana w pięciu mężach, ten obecny nie-mąż jest jej szóstym. Jednak dopiero zakochanie się w siódmym daje jej prawdziwe szczęście. Podkreślenie liczby siedem jako liczby doskonalej, nie pozostawia żadnych wątpliwości. Myśl praktyczna. Niektóre osoby z tego kościoła wyszukują na Twitterze hasła w stylu: „najbardziej stresujące chwile w życiu”. W ten sposób poznają ludzi, którym zmarł ktoś bliski, które doświadczyły rozwodu czy innej osobistej tragedii. Wówczas wysyłają do tych osób słowa pocieszenia i zachęty.

Opowiadam o moim canoniku.com, forum i filmach na youtube i natychmiast zawiązuje się pomiędzy nami nić porozumienia.

Po studium jest czas na przekąskę. Właściwie to nie wiem nawet co wkładam do ust, gdyż jestem pochłonięty przez przeciekawą dyskusję z pewną dziewczyną z Serbii, która okazuje się być siostrą mojego pastora z kościoła, do którego chodzę. Świat jest jednak mały. Coraz bardziej lubię Serbów.

Zaczyna się druga cześć nabożeństwa. Na sali jest około 150 miejsc. Na ekranie klika zegar, informujący, że do rozpoczęcia pozostają 2 minuty (ktoś jednak był w Willow Creek). Dzisiaj uwielbienie prowadzą dzieci. Cały kościół nie tylko śpiewa, ale kuca, skacze, przytula się i naśladuje wszystko co dzieci karzą nam robić. Złą wiadomością dla osób konserwatywnych jest to, że nie śpiewamy ani jednej pieśni ze śpiewnika kościelnego. No cóż, jak mawiał Pan Jezus, nie wlewa się nowego wina do starych bukłaków. Po uwielbieniu pokazują krótki film o tym co dzieci myślą o wierze. Pada kilka fajnych myśli i jest dużo śmiechu. Później ma miejsce historyjka dla dzieci, jednak o pudełku ze znalezionymi rzeczami takim, jakie znajdują się w szkołach i oraz druga, o zagubionej owcy. Dla Jezusa jedna zagubiona owieczka jest cenniejsza nie 99 owiec w stadzie. Okazuje się, że dzieci też można mądrze nauczać.

Po historyjce jest czas na dary i z marszu rozpoczyna się kazanie. Za kazalnicę wychodzi chłopak w spodniach dresowych i w bluzie z kapturem. Ma na oko około 25 lat i wygląda na Meksykanina. Przyznaję się, że lekko się wiercę, chociaż kazanie mnie pochłania. Coś mi podpowiada, że gdyby Wojtek I. byłby na tym nabożeństwie i jeszcze nie zgorszył się do tej pory, to teraz miałby świetny powód, aby wszystkimi radami Ducha Proroctwa chłopaka zbombardować. Ludziom na sali też pewnie by się dostało, bo nikt się tym jego dresem nie gorszy. Chłopak nie jest pastorem. Studiuje na Andrews.

Pyta czy kiedykolwiek zdarzyło się nam coś zgubić. On kiedyś zgubił portfel z 4 tysiącami dolarów. Portfel na szczęście odnalazł się, a my dowiadujemy się, że skoro on potrafił przeszukać wszystko, żeby znaleźć tylko dolary, to my dla Boga stanowimy znacznie większy powód, aby zrobić dla nas jeszcze więcej. Pyta rodziców czy zdarzyło im się kiedykolwiek zgubić dzieci? Pociesza ich, że nawet matce Jezusa to się przydarzyło i to na trzy dni.

Chłopak, nie trzyma się kazalnicy i chodzi po całej scenie. W pewnym momencie wyciąga reklamówkę z 99 kłębkami waty, które symbolizują owieczki. Rozdaje je ludziom na sali. Kiedy wszystkie owieczki są już rozdane, pyta czy widzimy to, że brakuje jeszcze jednej. Teraz następuje coś zaskakującego. Chłopak zaczyna ściągać górę od dresu, spod którego wyłania się koszulka obklejona watą. Następnie ściąga spodnie i stoi na scenie w całej owczej krasie i to co dzieje się teraz jest wzruszające. Chłopak mówi, że to właśnie on jest tą zaginioną owieczką. Gdy kilka miesięcy temu wrócił do USA z wysp Marshalla, gdzie był na misji, dowiedział się, że jego rodzina straciła dom, a jakby tego było mało, to jeszcze jego rodzice rozwiedli się. Był totalnie zdruzgotany. Nie wiedział jak dalej żyć. Uratował go pastor z tego kościoła, który go odnalazł, postawił na nogi i zaangażował do pracy.

Chłopak ma niesamowitego ducha. Prosi zebranych, aby przynosili co tydzień do kościoła jedzenie, bo część osób chce wychodzić na miasto, aby jeść je razem z bezdomnymi. Ta informacja obezwładnia mnie jeszcze bardziej.

Kolejnym zaskoczeniem jest to, że przez całe kazanie wszystkie dzieci siedzą na swoich miejscach w pierwszym rzędzie, a chłopak przez 30 minut potrafi utrzymać ich skupienie. Moje dzieciaki zwykle już po 10 minutach siedzenia na nabożeństwie uciekają na zewnątrz, a tym razem siedzą i słuchają.

Dawno tak się nie zbudowałem. Nie tylko chodzi o dobre kazanie, bo na szczęście w amerykańskim kościele, do którego chodzę, mamy znakomitego mówcę, więc dobrych kazań mi nie brakuje. Najbardziej jestem poruszony duchem tego chłopaka. Chyba zakochałem się w tym kościele. Nie jest on jednak dla każdego adwentysty. Pomimo, że wszystko bardzo mi się tutaj podoba, to niestety, ale odczuwam pewien lęk. Kościół do którego obecnie chodzę jest niesamowity. Bardzo go lubię. Chodzą tam wspaniali ludzie. Nabożeństwa są świetnie przygotowane, a pastor jest niezwykłym człowiekiem. Kościoły tego typu stanowią dla swoich wyznawców „strefę religijnego komfortu”. W tych kościołach nigdy nie wydarza się nic niespodziewanego.  Jeżeli chce się należeć do Epic Church, trzeba się wyzbyć tego komfortu. Ludzie, którzy tam chodzą nie lubią bujać się w wygodnych fotelach i udawać, że działają. Po kazaniu w każdą sobotę mają wspólny obiad, a potem idą w miasto na specjalną akcję o nazwie „darmowe uściski”, podczas której przytulają ludzi. Dziewczyna z Serbii mówi mi, że spotykają się w każdy wtorek i omawiają plany ewangelizacyjne. Przy tej okazji mają też specjalne szkolenia. Jedną z zasad jest to, aby zwracać uwagę na nowych ludzi. W tym kościele nikt, kto przychodzi na nabożeństwo, nie może pozostać niezauważonym.

Nie udaje mi się porozmawiać z pastorem, gdyż nie ma go dzisiaj, ale wygląda na to, że nie jest to moja ostatnia wizyta w tym kościele, pomimo, że sam dosyć mocno jestem przywiązany do „strefy religijnego komfortu”.

Andrzej Mućka

Pasted from <http://adwentcafe.wordpress.com/2013/09/13/kosciol-adwentystow-do-zadan-specjalnych/>